Tak, złe informatyczne VooDoo istnieje. I nie chodzi o złe (dziś już archaiczne) karty firmy 3dfx, ale o fakt, że istnieją osoby które emanują negatywną energią i w ich towarzystwie nic posiadającego bardziej skomplikowane elementy niż tranzystory BC211+313.
Płyta główna. Jakaś stara już, MSI, coś pod P4, DDR1. Jedna z lepszych. W osiedlowym „serwerze” wytrzymała parę ładnych lat. Mimo gigabajtów dziennego transferu, podłączonej masy dysków, uruchomienia wielu usług, płyta z procesorem działała dzielnie i bez zająknięcia. Po przełożeniu do komputera niewieścia, nagle zaczynają się bzdury. Te same karty sieciowe 3coma nagle przestają chodzić, mimo że przedtem śmigały aż miło, teraz co drugi reboot nawet bios ich nie widzi. Po zmianie slotów, czyszczeniu złącz PCI, dłubaniu w biosie poddałem się. Intel E100 jakoś bardziej wytrzymały na VooDoo.
Komputer numer dwa, znany w otoczeniu niewieścia jako HTPC, mimo że na codzień działa bez zarzutów, przy niewieściu się wiesza, nie chce wybudzić się z S3, itepe. Dopiero niewieście posadzone przed tymże, pokazało że źle włącza telewizor i z uporem maniaka wybiera jako źródło sygnału wejście AV zamiast odpowiedniego HDMI. No dobrze, to nie VooDoo, tylko roztrzepanie. Ale to też ściąga VooDoo!
Wróćmy do komputera niewieścia – w stojącym komputerze, nie ruszanym, nagle luźno dyndający molex ląduje pinem +5v na czubku jakiejś śruby. Na całe szczęście skończyło się na smrodku i przesmażeniu tej luźno dyndającej wiązki. Ba, nawet wspomniana karta sieciowa E100 to przeżyła.
Niewieście sprząta pokój, nagle coś zaczyna śmierdzieć. To nieruszana listwa zasilająca sobie dziarsko płonie. Skończyło się na przysmażeniu jednej z gumowych nóżek listwy do parkietu.
Niewieście krząta się znowu, ja robię kabel. Nie byle jaki. Ma wyciągnąć gigabit i obsłużyć HTPC. Poprzedni był już tak stary że faktycznie miał prawo nie chcieć. Operacja skomplikowana, wiąże się z rozbebeszeniem ościeżnicy od drzwi. Kabel zarobiony, przetestowany i… HTPC negocjuje sobie jedynie 10mbps. Sprawdziłem testerem, jest OK. Kombinuje w jedną i drugą stronę. Wtyczki sprawdzone pod lupą i jeszcze dodatkowo miernikiem. Wszystko okej. Niewieście poszło spać, ja w akcie desperacji zacisnąłem jedną wtyczkę jeszcze raz. Gigabit hula aż miło.
Okej, to ostatnie to zwalam na nią a sam pewnie schrzaniłem. Ale w otoczeniu niewieścia tak jest zawsze – giną utwory z playera mp3, usuwają się same kontakty z telefonu, czajnik bezprzewodowy notorycznie aktywuje zabezpieczenie przeciw spaleniu mimo że jest pełen wody, instrukcje obsługi są nieczytelne, sieć komórkowa nie ma zasięgu, i tak dalej… Wyliczać mógłbym godzinami. Ale mimo wszystko, niewieście złe nie jest ;)